- Nie jesteś na tyle sprawny fizycznie. Spadniesz i co ja wtedy zrobię? Pamiętaj, że przyjechałem, żeby ci pomóc a nie wozić do szpitala.
To prawda: przez cały piątek pracowaliśmy od rana. Spuszczaliśmy wodę z rur wodociągowych, tak samo – z kanalizacyjnych. Zamówiony przez ojca szambiarz wypompował szambo. Przyniosłem hydrofor z przybudówki do piwnicy. Ojciec grabił i palił liście, ja wyczyściłem rynny.
- Dlaczego masz mnie wozić do szpitala? – obruszył się
- Możesz przecież spaść! Nie podejmuję się wchodzić na dach, zamiast ciebie. To na pewno!
Ale ojciec jest uparty – żadne argumenty nie przemawiały. Miał już przygotowaną deskę, którą zamierzał przywiązać do komina. Cały plan w głowie. Zadzwoniłem do matki. Wykrzyczała ojca przez komórkę – wysłuchał cierpliwie i powiedział: - Nie denerwuj się. Nic mi się nie stanie.
Od rana w sobotę mżył deszcz. Dodatkowy argument. Przy śniadaniu powtórzyłem kilka razy: - Posłuchaj, dachówki będą śliskie. Papa pod dachówkami również. Jak nic omsknie ci się noga. Spadniesz!
- Ale! – mówił ojciec. – Co ty opowiadasz? Wiele razy wchodziłem na ten dach i nie jest to dla mnie nic nowego. Przystawimy drabinę. Podasz mi deskę. Wejście i zejście z powrotem po łatach, to kwestia pół godziny. Byle dojść do kalenicy i gąsiorów.
- Jest w pół do dziesiątej – powiedziałem. – Wracać będziemy po ciemku. Ojciec nie odpowiedział. Wypiliśmy kawę, zjedli kanapki, które przygotował i wyszliśmy przed dom.
To był typowy, listopadowy dzień. Bure niebo, bezlistne jesiony wokół działki, szare rżyska za płotem. Dalej ciemny las. Poczułem na twarzy krople mżawki. Ojciec, w swojej czapce z daszkiem, w tenisówkach i starych spodniach, w waciaku z dziurami na łokciach, zaraz poszedł po drabinę. Podbiegłem do wiaty, żeby mu pomóc. Oparliśmy drabinę o rynnę przybudówki.
Nasz mazurski dom kryty jest czerwoną dachówką, niestety źle wypaloną. Czyszcząc rynny z liści, wygarniałem garście rdzawych okruchów. Teraz powiedziałem do ojca: - Zamiast zatykać komin, lepiej wymienić niektóre dachówki. Kruszą się.
- Ale – obruszył się. – Co ty opowiadasz? Nasza dachówka jest bardzo dobra.
Machnąłem ręką. Ojciec przyniósł z komórki deskę pomalowaną na brązowo olejną farbą. Była obwiązana sznurem z pętlą, którą miał założyć na ramię, żeby wlec deskę na szczyt dachu. Chciał mieć wolne ręce. Zwinięte dwa kawałki linki schował do kieszeni waciaka.
- Przytrzymaj drabinę. Jak wejdę, podasz mi deskę.
Drabina chybotała się – ledwo powstrzymałem ojca przed pochopnym wchodzeniem, nim nie ustawimy pewniej. Szczeble były przybite pojedynczymi gwoździami. Patrzyłem z niepokojem, jak stawiał stopy na cienkich listwach. Trzymałem żerdzie drabiny i czułem, jak dygocą. Potem, gdy ojciec odsunął pierwsze dachówki i klęknął na krawędzi przybudówki, podałem mu deskę. Odszedłem kawałek i przyglądałem się eskapadzie ojca z oddalenia.
Wolno posuwał się coraz dalej – początkowo na kolanach, potem, po stromej części dachu – półleżąc. Trochę na ukos, w stronę komina. Wlókł brązową deskę. Cierpliwie, w milczeniu, w tej padającej mżawce. Od czasu do czasu słyszałem chrobot odsuwanych dachówek i postękiwania ojca. Na rękach i na twarzy czułem drobne krople.
Komin był coraz bliżej, ale ostatnie metry na pewno sprawiały mu największą trudność. Na dodatek deska, którą wlókł, omalże nie odczepiła się i nie poleciała w dół. Rozpłaszczony, półleżąc, musiał mocniej przywiązać sznur, którym była opleciona. Jego postękiwanie wzmogło się w tym momencie. Poza tym, jeden z kawałków linki, które schował do kieszeni, wysmyknął się na zewnątrz. Zadyndał przy nodze ojca. W ostatniej chwili zdołał linkę złapać i schować.
Po dwudziestu minutach doszedł do komina. Tu, z dołu, wyglądało to ciągle nienajlepiej. Dachówki było krzywo poodsuwane. Papa i łaty, jak mówił o listwach, na których zaczepione by7ły dachówki, namokły. Deski, którą chciał zatkać komin, nie miał o co oprzeć – zdawało mi się, że ojciec przeżyw3a poważny kryzys.
- Lepiej zejdź! – powiedziałem głośno. – Słyszysz? Wracaj na ziemię!
Około pięciu minut leżał na szczycie dachu, obok komina – na tej kalenicy, jak powiedział, przytrzymując się lewą ręką gąsiorów. Prawą przyciskał do boku deskę. Chyba zastanawiał się, co dalej?
- No i co? – zawołałem znów. – Dasz radę?
Ojciec spojrzał w dół i w tym momencie stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Lewa stopa w tenisówce musiała ześlizgnąć się4 z łaty i ojciec zaczął powoli sunąć w dół. Obok zjeżdżała brązowa deska, a po chwili, z dwóch stron, zaczęły obsuwać się dachówki, o które ojciec z deską zaczepiali.
- Jezus, Maria! – krzyknąłem.
Całość w numerze 14 Kwartalnika Literackiego "Wyspa"
|