Opowiadanie mazurskie Poniedziałek, 2 Sierpnia, 2010
Kazimierz Orłoś
 

Ojciec powiedział w piątek wieczorem, że musi wejść na dach. Chciał zatkać przed wyjazdem komin naszego mazurskiego domu. Chodziło o to, że w czasie śnieżnej zimy śnieg wpada do otworów kominowych, topnieje i powoduje zawilgocenie ściany pokoju przy kuchni. Zacząłem odradzać ojcu tę eskapadę. Ma już siedemdziesiąt pięć lat, kłopoty z krążeniem, nadciśnienie, cierpi na bóle kręgosłupa – i tak dalej...

- Nie jesteś na tyle sprawny fizycznie. Spadniesz i co ja wtedy zrobię? Pamiętaj, że przyjechałem, żeby ci pomóc a nie wozić do szpitala.

To prawda: przez cały piątek pracowaliśmy od rana. Spuszczaliśmy wodę z rur wodociągowych, tak samo – z kanalizacyjnych. Zamówiony przez ojca szambiarz wypompował szambo. Przyniosłem hydrofor z przybudówki do piwnicy. Ojciec grabił i palił liście, ja wyczyściłem rynny.

- Dlaczego masz mnie wozić do szpitala? – obruszył się

- Możesz przecież spaść! Nie podejmuję się wchodzić na dach, zamiast ciebie. To na pewno!

Ale ojciec jest uparty – żadne argumenty nie przemawiały. Miał już przygotowaną deskę, którą zamierzał przywiązać do komina. Cały plan w głowie. Zadzwoniłem do matki. Wykrzyczała ojca przez komórkę – wysłuchał cierpliwie i powiedział: - Nie denerwuj się. Nic mi się nie stanie.

 

Od rana w sobotę mżył deszcz. Dodatkowy argument. Przy śniadaniu powtórzyłem kilka razy: - Posłuchaj, dachówki będą śliskie. Papa pod dachówkami również. Jak nic omsknie ci się noga. Spadniesz!

- Ale! – mówił ojciec. – Co ty opowiadasz? Wiele razy wchodziłem na ten dach i nie jest to dla mnie nic nowego. Przystawimy drabinę. Podasz mi deskę. Wejście i zejście z powrotem po łatach, to kwestia pół godziny. Byle dojść do kalenicy i gąsiorów.

- Jest w pół do dziesiątej – powiedziałem. – Wracać będziemy po ciemku. Ojciec nie odpowiedział. Wypiliśmy kawę, zjedli kanapki, które przygotował i wyszliśmy przed dom.

To był typowy, listopadowy dzień. Bure niebo, bezlistne jesiony wokół działki, szare rżyska za płotem. Dalej ciemny las. Poczułem na twarzy krople mżawki. Ojciec, w swojej czapce z daszkiem, w tenisówkach i starych spodniach, w waciaku z dziurami na łokciach, zaraz poszedł po drabinę. Podbiegłem do wiaty, żeby mu pomóc. Oparliśmy drabinę o rynnę przybudówki.

Nasz mazurski dom kryty jest czerwoną dachówką, niestety źle wypaloną. Czyszcząc rynny z liści, wygarniałem garście rdzawych okruchów. Teraz powiedziałem do ojca: - Zamiast zatykać komin, lepiej wymienić niektóre dachówki. Kruszą się.

- Ale – obruszył się. – Co ty opowiadasz? Nasza dachówka jest bardzo dobra.

Machnąłem ręką. Ojciec przyniósł z komórki deskę pomalowaną na brązowo olejną farbą. Była obwiązana sznurem z pętlą, którą miał założyć na ramię, żeby wlec deskę na szczyt dachu. Chciał mieć wolne ręce. Zwinięte dwa kawałki linki schował do kieszeni waciaka.

- Przytrzymaj drabinę. Jak wejdę, podasz mi deskę.

Drabina chybotała się – ledwo powstrzymałem ojca przed pochopnym wchodzeniem, nim nie ustawimy pewniej. Szczeble były przybite pojedynczymi gwoździami. Patrzyłem z niepokojem, jak stawiał stopy na cienkich listwach. Trzymałem żerdzie drabiny i czułem, jak dygocą. Potem, gdy ojciec odsunął pierwsze dachówki i klęknął na krawędzi przybudówki, podałem mu deskę. Odszedłem kawałek i przyglądałem się eskapadzie ojca z oddalenia.

Wolno posuwał się coraz dalej – początkowo na kolanach, potem, po stromej części dachu – półleżąc. Trochę na ukos, w stronę komina. Wlókł brązową deskę. Cierpliwie, w milczeniu, w tej padającej mżawce. Od czasu do czasu słyszałem chrobot odsuwanych dachówek i postękiwania ojca. Na rękach i na twarzy czułem drobne krople.

 

Komin był coraz bliżej, ale ostatnie metry na pewno sprawiały mu największą trudność. Na dodatek deska, którą wlókł, omalże nie odczepiła się i nie poleciała w dół. Rozpłaszczony, półleżąc, musiał mocniej przywiązać sznur, którym była opleciona. Jego postękiwanie wzmogło się w tym momencie. Poza tym, jeden z kawałków linki, które schował do kieszeni, wysmyknął się na zewnątrz. Zadyndał przy nodze ojca. W ostatniej chwili zdołał linkę złapać i schować.

Po dwudziestu minutach doszedł do komina. Tu, z dołu, wyglądało to ciągle nienajlepiej. Dachówki było krzywo poodsuwane. Papa i łaty, jak mówił o listwach, na których zaczepione by7ły dachówki, namokły. Deski, którą chciał zatkać komin, nie miał o co oprzeć – zdawało mi się, że ojciec przeżyw3a poważny kryzys.

- Lepiej zejdź! – powiedziałem głośno. – Słyszysz? Wracaj na ziemię!

Około pięciu minut leżał na szczycie dachu, obok komina – na tej kalenicy, jak powiedział, przytrzymując się lewą ręką gąsiorów. Prawą przyciskał do boku deskę. Chyba zastanawiał się, co dalej?

- No i co? – zawołałem znów. – Dasz radę?

Ojciec spojrzał w dół i w tym momencie stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Lewa stopa w tenisówce musiała ześlizgnąć się4 z łaty i ojciec zaczął powoli sunąć w dół. Obok zjeżdżała brązowa deska, a po chwili, z dwóch stron, zaczęły obsuwać się dachówki, o które ojciec z deską zaczepiali.

- Jezus, Maria! – krzyknąłem.

 

Całość w numerze 14 Kwartalnika Literackiego "Wyspa"

Źródło Wyspa nr 14
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
 
Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Euforia
2. Kino Szpak z autografem
3. Jeszcze raz w Radio Kampus
4. Wyspa 3
5. Jacek Dehnel "Lala"
6. "Wyspa Kwartalnik Literacki" nr 2/08
7. Wesołe chłopaki
8. Le Clézio, Dehnel, Marjańska, Baran
9. 4. numer Wyspy nadal w sprzedaży
10. Kolejna audycja Szkiełko i oko już jest
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2